Plaża Miami beach, francuski targ i francuska stylizacja – dzień 3

Jak pewnie zauważyliście w ostatnich dwóch postach, pierwsze dni wakacji spędziliśmy dość aktywnie, zwiedzając. Były to naprawdę fajnie spędzone dni. Spędzone dokładnie tak, jak lubię, czyli odkyrwając nowe miejsca, spacerując i gubiąc się w lokalnych uliczkach, próbując nowego jedzenia i oczywiście rozpieszczając się włoskimi lodami na koniec dnia. Jednak intensywne zwiedzania, wysoka temperatura i, poniekąd, moja choroba sprawiły, że trzeciego dnia rano czułam, że mimo 8 godzin snu, jestem dość zmęczona i cały dzień zwiedzania nie wchodzi dzisiaj w grę. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Mając tak piękny widok z balkonu postanowiliśmy, że musimy tę ,,atrakcję’’ wykorzystać i przyszykować sobie pyszny brunch oraz zjeść właśnie tam, rozkoszując się widokiem.  

Dodatkowo, od długiego czasu marzyło mi się odwiedzenie francuskiego bazarku, gdzie jest pełno lokalnych produktów,  kwiatów i gdzie mogłabym choć przez chwilę poczuć się jak Francuzka.  Stwierdziłam, że ten dzień będzie idealny na spełnienie mojego małego pragnienia!

Z tej okazji wzięłam ze sobą swój piękny słomiany koszyk (za którym mój chłopak objechał pół Londynu, a we Francji są one na każdym rogu). Założyłam białą letnią sukienkę i oczywiście kapelusz, co sprawiło, że choć przez chwilę czułam się jak rodowita Francuzka : )

Ale od początku. Tego dnia wylegiwaliśmy się w łóżku troszkę dłużej, planując, co kupimy na bazarku. N. zależało na kupieniu pysznych oliwek, a mi marzyły się świeże owoce i oczywiście bagietka oraz buratta.

W końcu nadszedł czas szykowania się do wyjścia, a tym samym moja radość i eksyctacja wzrastały jeszcze bardziej. Wiecie już, jak uwielbiam odwiedzać bazary i próbować nowe produkty. Pogoda tego dnia była znowu cudowna, tak więc po zaparkowaniu auta, postanowiliśmy przespacerować się po promenadzie.

Szczególnie w środziemnomorskich miejscowościach lubię to, że gdziekolwiek nie spojrzeć – wszędzie jest pięknie. Popatrzcie sami. Mogłabym spędzić cały dzień wpatrując się w dal.

Po krótkim spacerze i odkryciu kolejnych urokliwych miejsc w Nicei, dotarliśmy w końcu na bazar zwany Cours Saleya.  

Byłam miło zaskoczona tym, jak jest ten targ duży i ile jest tutaj ludzi! To był niesamowity widok widzieć, ile ludzi odwiedza takie miejsca. Byłam wniebowzięta i najchętniej kupiłabym wszystko. Skusiliśmy się na owoce, tradycyjną bagietkę, chlebek i kilka innych pyszności. N. znalazł upragnione oliwki, a ja swoją burattę.

Co więcej, N. wypatrzył kokosy z palemką i powiedział, że koniecznie muszę spróbować. Nie protestowałam, więc na koniec naszych zakupów kupiliśmy wodę kokosowa w kokosie na drogę powrotną. Prawdę mówiąc, myślałam, że będzie kiepska – przypomniała mi się wtedy woda, która piłam z kokosa w Miami, której smak był nieciekawy. A tu niespodzianka! Woda była przepyszna. Naprawdę wyjątkowy smak. Żałowałam, że tak szybko się skończyła.

Z pełną torbą zakupów wróciliśmy do naszego domku i od razu zaczęliśmy szykować jedzonko. Po 15 minutach nasz stół z śródziemnomorskimi pysznościami był gotowy, a my – zgłodniali i podekscytowani ich widokiem – od razu zabraliśmy się do jedzenia. Wszystko było OBŁĘDNE. Musicie uwierzyć mi na słowo, ale jeśli mieliście okazję być we Francji i próbować tamtejszych produktów, to pewnie wiecie, jak to smakuje. Byłam w raju! Popatrzcie na te rarytasy!  

Zaraz po śniadaniu udaliśmy się na relaks na plaży. Była piękna pogoda, po prostu trzeba było  to wykorzystać. Ja poopalam się troszkę, a N. w końcu mógł popływać.

Czy my aby na pewno byliśmy we Francji ?:)

Pamiętacie, jak we wczorajszym wpisie mówiłam Wam, że spróbowałam ośmornicy i bardzo mi posmakowała? Ten smak chodził za mną przez cały dzień i koniecznie chciałam zjeść ośmiornicę również tego dnia. Pojechaliśmy więc do centrum Nicei na kolację w poszukiwaniu grillowanej ośmiornicy. Po ponad godzinnym poszukiwaniu poddaliśmy się. Niestety, nigdzie nie było grillowanej ośmiornicy. Owszem, sałatki z tym przysmakiem można było dostać praktycznie wszędzie, ale to nie było coś, co mnie interesowało. Byłam zasmucona tym faktem, ale N. obiecał mi na poprawę humoru, że jutro zabierze mnie w to samo miejsce, gdzie ostatnio jedliśmy ośmiornicę, żebym przed wyjazdem jeszcze raz mogłam delektować się jej smakiem. Jaki kochany!

Byliśmy już zmęczeni poszukiwaniami innego miejsca, dlatego, chociaż nie miałam ochoty na makaron tego wieczorku, zdecydowaliśmy się na włoską restaurację. I muszę Wam powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę. Jeśli będziecie w Nicei, koniecznie zajrzyjcie do La Favola. Restauracja jest rewelacyjna, porcje ogromne, ale naprawdę OGROMNE. Nigdzie (nawet w USA) nie podano mi tak wielkiego talerza z posiłkiem. Popatrzcie na to! Zamówiliśmy talerz z owocami morza oraz gnocchci z delikatnym sosem. I jedno i drugie było pyszne. Mi szczególnie smakowały kalmary oraz gnocchi, które były tak delikatne, rozpływały się w ustach. Byliśmy przeszczęśliwi, że ostatecznie zdecydowaliśmy się na to miejsce.  

No i po kolacji przyszedł czas na ulubioną cześć dnia, czyli lody….N. znalazł nową lodzarnię po drodze i stwierdziliśmy, że dziś spróbujemy tam lodów. Zarówno długa kolejka jak i duży wybór smaków zachęcały do spróbowania tych pyszności. I tym sposobem odkryliśmy najlepsze lody w Nicei. Kolejna miła niespodzianka tego dnia! W ogóle nie spodziewałam się tego. TripAdviosor doradzał, że Fencchocio to najlepsze lody w Nicei, a tu wcale nieprawda! Lody w OUI, JELATO były obłędne. Bez wahania mogę przyrównać je do lodów, które mamy, i  które uwielbiam, w Londynie. Były tak nieziemsko kremowe… Gałka cookies miała tyle ciasteczek w sobie, po prostu bajka! Co za miłe zaskoczenie! Tak bardzo mi smakowały, nie macie pojęcia : )

Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię jeść lodów idąc jednocześnie, ponieważ nie umiem skupić się na delektowaniu, haha. Jedząc lody zawsze siedzę, tylko wtedy mogę rozkoszować się ich smakiem. Usiedliśmy więc na fontannie, zajadając się ze smakiem lodami i obserwując ludzi dookoła.

W pewnym momencie podjechała straż pożarna. Myśleliśmy, że coś się stało, w wozie było 6 strażaków. Zaczęli szukać miejsca, aby zaparkować ich wielki wóz, więc byłam pewna, że zaraz będzie jakaś akcja! Nie uwierzycie, jakie było moje zdziwienie, kiedy panowie zaparkowali na środku małego placu, wyszli z auta i…POSZLI NA LODY! Myślałam, że padnę ze śmiechu! Ustawili się w kolejce i grzecznie czekali na swoją kolej, haha! Jakie to urocze!

I tak dobiegł końca nasz dzień. Po północy dotarliśmy do domu – najedzeni, przesłodzeni lodami i bardzo szczęśliwi, że do łóżka zostało parę kroków : ) Mimo że ten dzień był mało aktywny pod względem zwiedzania, muszę Wam powiedzieć, że to był najlepszy dzień, jaki tam spędziłam : ) Tyle fajnych miejsc, tyle fajnych zdjęć, tyle pysznego jedzonka, no i te lody na koniec! Było naprawdę cudownie!

Moja biała sukienka ze zdjęć, o którą kilka osób pytało obecnie jest w promocji! – link

Następnego dnia udaliśmy się do SAINT TROPEZ, Cannes i Antibes – właśnie o tym opowiem Wam jutro : ). To już będzie przedostatnia relacja z naszej wyprawy. Mam nadzieję, że podzielacie nasz zachwyt! : )

18 thoughts on “Plaża Miami beach, francuski targ i francuska stylizacja – dzień 3

  1. Świetna stylizacja, przepiękne widoki i obłędne jedzenie :O A talerze w restauracji to chyba dla smoków 😉 😀 Zazdroszczę wycieczki! :O <3

  2. Bardzo ładne widoki i piękne zdjęcia!
    Nie byłam jeszcze we Francji. Cały czas jest gdzieś na mojej liście, ale co chwilę znajduję jakieś miejsca, które bardziej mnie przekonują.
    W każdym razie kiedyś trzeba będzie zobaczyć i Francję! 🙂

  3. Pięknie wyglądasz – i zdecydowanie wyróżniasz się na tle innych zwiedzających 🙂

    Jeśli chodzi o ośmiornicę i kalmary – obu tych potraw spróbowałam po raz pierwszy w życiu podczas naszego tegorocznego urlopu w Chorwacji. Niestety kompletnie nie trafiły w moje gusta i kubki smakowe – ale cieszę się, że Tobie smakowały 🙂

  4. Jakiś czas mieszkałam na Lazurowym Wybrzeżu, także rozumiem Twój zachwyt 😉 Muszę Cię jednak rozczarować. Po latach obserwacji mogę stwierdzić, że Francuzki nie noszą kapeluszy, a “legendarne” dobrze ubrane Francuzki to mit.
    Wracając do tematu uwielbiam targowiska we Francji, w szczególności mogłabym Ci polecić sery, które kupione we “fromagerie” smakują zupełnie inaczej niż te z marketu (w takim sklepie można też nieraz kupić “domowej roboty” masło). Dalej, na targowiskach polecam również owoce morza! Szukaj stoisk, przy których rozstawione są stoliczki – tam swieże (ale i surowe) owoce morza serwowane są na talerzu jak w restauracji 😉
    Francuzi mają też taki swój rytuał, że po zakupach na chwilę zasiadają w kawiarni w pobliżu targu i sączą białe wino.
    Jednakże Lazurowe Wybrzeże ma też swoje wady, jak znaczna ilość imigrantów, turystów i te ceny! Także jeśli lubisz naturę i klimatyczne miasteczka, na następne wakacje polecam Bretanię, która zachwyca zielenią, klifami i miejscowymi specjalnościami.

    Bisous! 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *