Pierwszy weekend w Londynie po powrocie – zakupy na Borough Market, najlepsze lody w Londynie i przepis na szybki deser z brzoskwiń

Och, jak dobrze być z powrotem w Londynie. Ciężko wyrazić mi słowami jak się cieszę, że już tu jestem. Nie zrozumcie mnie źle, w Warszawie również było mi dobrze i miałam tam fajny czas. Ale nie ma to jak spanie w swoim ulubionym łóżku i gotowanie w swojej kuchni – gdzie wiesz co, gdzie jest i nie krępujesz się, bo jesteś u siebie. Nie do przecenienia!

Mimo iż minęło już kilka dobrych dni od mojego powrotu, ja nadal cieszę się jak dziecko i chłonę każdy zakątek Londynu, jakbym była tu pierwszy raz. A przecież nie było mnie tylko 2 miesiące! Pierwsze parę dni spędziłam na rozpakowywaniu rzeczy, sprzątaniu i oczywiście pracy, więc, skądinąd, nie miałam jeszcze dużo czasu na w pełni nacieszenie się tym miastem. Ale w ostatni weekend zdecydowanie to nadrobiłam.

To był jeden z lepszych, żeby nie powiedzieć najlepszych weekendów, jakie ostatnio spędziłam. Było dokładnie tak, jak lubię i było wszystko to, co lubię! Macie ochotę na przepis na perfekcyjny weekend w Londynie? Oto on! Dziś opowiem Wam o sobocie, a jutro jak spędziłam niedzielę.

Sobotni poranek zaczął się cudownie. Jasnoniebieskie niebo, dookoła kwitnące drzewa i kwiaty. Londyńczycy spacerujący między uliczkami, ubrani w letnie sukienki, sandałki i krótkie spodenki. Lato zbliża się do Londynu wielkimi krokami.

Pogoda była tak zachęcająca, że moją pierwszą myślą, zaraz po przebudzeniu, była wielka ochota na spędzenie całego dnia poza domem. Najpierw chciałam odwiedzić mój ukochany targ, czyli Borough Market. Następnym punktem w planie na ten dzień był brunch w miejscu, do którego od dawna chciałam się wybrać. Potem obowiązkowo spacer, aby spalić te kalorie i do domku. Tak też zrobiliśmy, no prawie…

Wyciągnęłam mojego chłopaka z łóżka najwcześniej, jak mogłam (czyli dla niego wciąż za wcześnie) Wyszykowaliśmy się w szybkim tempie, w obawie, że słoneczko może się schować (pogoda w Londynie jest nieprzewidywalna!) i wyruszyliśmy w stronę London Bridge, gdzie znajduje się Borough Market i wypatrzona przeze mnie restauracja.

Po krótkim spacerze i zachwytach, jak pięknie wszystko wygląda o tej porze roku, dotarliśmy do Pulii- miejsca, które kusiło mnie przede wszystkim swoim wyglądem już od dłuższego czasu. Zawsze jednak ostatecznie wybieraliśm Le Pain Quotidien, które już przetestowaliśmy wiele razy i uwielbiamy do dziś. Pisałam o tym tutaj. Prawdę mówiąc, na obecną chwilę, ciężko zdecydować mi, które z tych miejsc wolę bardziej. I tu, i tu jest bardzo smacznie : )

Miałam dobre przeczucia co do tej nowej restauracji. Pulia to na pierwszy rzut oka malutkie, włoskie miejsce z uroczym wnętrzem, ukryte gdzieś w głąb ulicy, że aż ciężko je zauważyć. Wystawa z jedzeniem, widoczna zaraz po wejściu, jeszcze bardziej zachęcała do spojrzenia w ich menu. Obsługa była przyjazna już od samego wejścia, ale jeszcze bardziej zaskoczyli mnie chwilę później.

Standardowo zaczęliśmy od przystawek – to jest chyba mój ulubiony posiłek. Przystawki zwykle są małe, czyli można więcej zamówić i więcej spróbować!

Chyba nikogo nie zdziwi, jak napiszę, że na poczatek zamówiliśmy koszyk z chlebkiem. Potem zastanawialiśmy się nad carpaccio, burrata i włoską szynką Byrno. Nie byłam pewna, czy ta szynka będzie dobrym wyborem, ponieważ w ogóle jej nie znałam. Wtedy też przemiła pani kelnerka zaproponowała, że przyniesie nam kilka plasterków na spróbowanie. Jak miło, prawda? Szynka okazała się być bardzo dobra, stąd też zdecydowaliśmy się na buratte i właśnie tę szynkę z pomidorkami.

Chlebek był podany w ciekawy sposób – w papierze. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam, a buratta z dodatkami wyglądała wspaniale i dokładnie tak samo smakowała. Delikatna, kremowa i rozpływająca się w ustach…  

Zachwycałam się nią przy każdym kęsie i do dziś pamiętam ten smak! Chlebek polany oliwą, do tego kawałek buratty i plasterek szynki…Czy może być coś lepszego?! Jeśli nie próbowaliście jeszcze buratty, koniecznie musicie to nadrobić. Uwierzcie mi na słowo!

Na danie główne zamówiliśmy makarony, które mi osobiście smakowały, ponieważ były delikatne. Czyli takie, jak lubię :). Mój chłopak mówił, że dla niego były za mało wyraziste w smaku. Hmmm, zdecydowanie mamy różne kubki smakowe 😛

Fakt, nie były to najlepsze makarony, jakie jadłam. Ale zdecydowanie godne polecenia na lekki brunch.

Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że zwykle jest tak, iż jeśli w jednym miejscu dobre są makarony, to pizza lub inne dania są kiepska lub na odwrót – jeśli chodzi o włoskie restauracje. Też tak uważacie  ?

Tak czy inaczej, brunch bardzo nam smakowało i wyszliśmy bardzo zadowoleni. Co więcej, aranżacja wnętrz tego miejsca również wprawiła nas w zachwyt. Popatrzcie sami:

Z pełnymi brzuszkami i wielkimi uśmiechami na twarzy z powodu znalezienia kolejnego, pysznego miejsca na śniadanie/brunch w Londynie, udaliśmy się w stronę Borough Market. Nie wiem, czy pamiętacie, jak mówiłam, że tuż obok tego targu znajduje się najlepsza lodziarnia w Londynie. Nie byłam w niej już od dawna i tym razem też musiałam odmówić sobie, z wielkim bólem serca, ich lodów. A to dlatego, że zaserwowałam sobie w maju detoks cukrowy. Nawiasem mówiąc, wytrzymałam już 23 dni bez grama cukru, ani grama! Jestem z siebie bardzo dumna. Jeszcze tylko 8 dni do końca!

Tak więc z bólem serca nie skusiłam się na lody, ale nie byłabym sobą gdybym nie zaglądnęła tam tylko na chwilę do środka, aby sprawdzić, czy mają nowe smaki w ofercie, haha! Oczywiście, że mają i już w czerwcu je spróbuję!

W końcu dotarliśmy do Borough Market, ogromnie zatłoczonego, jak zwykle zresztą. Akurat w tym miejscu ani trochę mi to nie przeszkadza, ponieważ raz, że uwielbiam to miejsce, czy zatłoczone, czy nie a dwa miałam plan kupienia kilku ważnych rzeczy.

Po pierwsze chlebek (tutaj jest najlepszy na świecie!) i bagietkę

Następnie pasztet z borowików (coś wspaniałego)

I do tego trochę owoców, a przede wszystkim brzoskwinie, ponieważ planowałam zrobić ,,mały’’ deser po dotarciu do domu

I na koniec kupiłam kwiatki do domu

Zaraz po zakupach zamierzaliśmy przespacerować się przy Tamizie, ale, niestety, pogoda zdecydowała za nas. Jeśli czegoś możemy być pewni w Londynie, to tego, że w jednej chwili może zacząć kropić. Tak właśnie było i tym razem. Minutę po tym, jak dotarliśmy do auta, nie zaczęło wprawdzie kropić, ale…lać! Uff, jak dobrze, że dotarliśmy na czas! : )

W drodze do domu zajechaliśmy do Tk Maxxa w poszukiwaniu koszyka wiklinowego na piknik. Nie znalazłam takiego, jakiego chciałam, ale to nic. Mam jeszcze trochę czasu. Wreszcie dotarliśmy do domku i ucięliśmy sobie 30 – minutową drzemkę.

Następnie wzięłam się za przygotowywanie brzoskwiń z orzechami na masełku. To chyba najprostszy przepis z najprostszych. Przygotowanie deseru zajmuje dosłownie 5 minut. A jeśli ktoś lubi brzowskiwinie i orzechy, to uwierzcie mi – musicie spróbować! W ostatnim roku robiłam ten deser kilka razy i za każdym razem wychodził super. Nie ma co tutaj zepsuć, prawdę mówiąc. Jedyne, czego potrzebujesz to dwie brzoskwinie, troszkę masła i  orzechy. Do tego dodaję również bitą śmietanę, lody lub ricottę.

Ja tym razem zrobiłam z bitą śmietaną, bo wiedziałam, że tak mojemu chłopakowi będzie smakowało najbardziej. Popatrzcie, jak to ślicznie wygląda. I gwarantuję, że jest to nie lada gratka dla tych, którzy chcą się troszkę rozpieścić czymś słodkim, ale niekonieczie chcą, aby ucierpiała na tym ich talia : ).

Wieczór spędziliśmy na oglądaniu serialu Big Little Lies (polecem, polecam!), następnie N. poszedł do kina z kolegą, a ja miałam czas na domowe SPA!

To był naprawdę fajna sobota, ale muszę Wam powiedzieć, że niedziela była jeszcze lepsza! Ale o tym więcej jutro : )


Jak Wam minął weekend? Jaki jest Wasz przepis na idealną sobotę? Co lubicie robić w tym czasie? Może macie jakieś ciekawe propozycje na wiosenno-letnie weekendy ? Koniecznie dajcie znać : )

15 thoughts on “Pierwszy weekend w Londynie po powrocie – zakupy na Borough Market, najlepsze lody w Londynie i przepis na szybki deser z brzoskwiń

  1. Żałuje, ze nie udało nam sie odwiedzić borough market, ale było strasznie duzo ludzi, a z dwójka dzieci i wózkiem to byłby wyczyn Następnym razem koniecznie musze tam zajrzeć ☺️

  2. W Londynie nigdy nie byłam, wiec tym chętniej przeczytałam Twój wpis. Jestem sfokusowana na
    Dobra kuchnię, więcej pożerałam wzrokiem całe, restauracyjne
    Menu Ta szyneczka musiała być pyszna!

    1. Dziekue Ci Iwonko za bycie wierna czytelniczka bloga! : ) Szyneczka byla przepyszna no i zapraszam do Londynu! : )

  3. W Londynie udało mi się spędzić jedynie 1,5 dnia – z czego pełne 12 godzin poświęciłam na zwiedzanie! Mimo, że zobaczyliśmy naprawdę dużo, mam wrażenie, że i tak całe mnóstwo zostało przez nas nieodkryte…;)

  4. Podróż do Londynu to jedno z moich największych marzeń i pewnie swój pierwszy weekend w tym miejscu nie mogłabym się skupić, bo biegałabym z aparatem i wszystkiemu robiła zdjęcia 😀

  5. Zaciekawiło mnie to zdanie:

    “Nawiasem mówiąc, wytrzymałam już 23 dni bez grama cukru, ani grama! Jestem z siebie bardzo dumna. Jeszcze tylko 8 dni do końca!”

    Do końca czego? 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *