Amsterdam – dzień 2 i 3. Niemiły incydent w restauracji oraz gdzie iść na lody?

Niedzielę rozpoczęliśmy dość leniwie, gdyż dopiero koło 11 wszyscy wynurzyliśmy się z łóżka. Niebieściutkie niebo i piękne słońce zachęcało do jak najszybszego wyjścia z hotelu. Pogoda w Amsterdamie naprawdę nas rozpieszczała. Plan na ten dzień był dość prosty – zobaczyć nowe zakątki Amsterdamu i miło spędzić wspólnie czas, ponieważ to był Kuby (mojego brata) ostatni dzień z nami.

Poprzedniego dnia wybrane przeze mnie miejsce na śniadanie nie tylko przypadło mi do gustu, ale również moim chłopakom. Norbert już dobrze zna moje preferencje i był pewien, że na pewno zabiorę ich do restauracji, a raczej piekarni, w której dostaniemy świeży, jeszcze ciepły chlebek, pyszną jajecznicę, i domowej roboty dżemy oraz pachnące crossainty. Dokładnie tak było. Ale mój brat raczej się tego nie spodziewał i był miło zaskoczony, co mnie bardzo ucieszyło.

Widziałam, że tego typu śniadania przypadły mu również go gustu, więc na niedzielę zaplanowałam wizytę w mojej ulubionej restauracji, którą znam z Londynu. La Pain Quotidien jest belgijską sieciówką, która serwuje pyszne jedzenie, a szczególnie śniadanie mają niesamowite! Pisałam o tym miejscu więcej tutaj. 

Niestety ta wizyta w La Pain Quotidien okazała się być dość pechową i nie do końca taką, jaką chciałabym, aby była. Ale od początku.

Po dotarciu na miejsce, zaczęłam opowiadać Kubie jak bardzo lubię tu jeść, jak super mają tu śniadania i jak nigdy się tu nie zawiodłam. Yhm, do dzisiaj haha.

Po otrzymaniu kart od razu zauważyłam, że ceny mają z kosmosu. Wszystko było dużo droższe niż w Londynie, ale pomyślałam ok – Amsterdam ma swoje prawa. Doradziliśmy Kubie co dobrego zamówić, sama zamówiłam to co, zawsze z wielkim uśmiechem na buzi, wiedząc że zaraz zjem coś co tu naprawdę uwielbiam czyli kanapki z pyszną włoska szynką i buffalo mozarellą!

Po 25 minutach zaczęłam się trochę martwić, gdyż to było zdecydowanie za długo, aby czekać na zamówienie (biorąc pod uwagę, że tylko 3 stoliki były zajęte w całej restauracji). Pani zapewniała nas, że zaraz wszystko będzie podane do stołu. Fakt, w ciągu 5 minut przyniosła Kuby i Norberta zamówienia, a mnie poinformowała, że nie mają mozarelli, więc moje zamówienie nie zostało zrealizowane. Co takiego?! Zostaje poinformowana o tym w momencie, kiedy inni otrzymują swoje dania? Gdzie byli te całe 30 minut,  które czekaliśmy? Możecie wyobrazić sobie moje wkurzenie. Pani kelnerka powiedziała, że kuchnia nie poinformowała ich o tym wcześniej – w co oczywiście jestem w stanie uwierzyć, ale nie zmniejszyło to mojej złości. Zła, bardzo zła zamówiłam więc coś innego. Nie minęło 5 minut i przychodzą do mnie z zamówieniem, którego kilka minut temu nie było. Okazało się, że jednak mozarella się znalazła. Byłam w szoku, ale oczywiście bardzo szczęśliwa, że jednak mam swoje kanapeczki na stole!

Niestety, moje szczęście nie trwało długo. Po kilku minutach, kiedy połowę już zjadłam, zaczęłam zabierać się za melona, który również był na moim talerzu. Nie wiem co mnie podkusiło, aby go obejrzeć. Nigdy w sumie tego nie robię. I dobrze że tym razem to zrobiłam! Okazało się, że melon ma pleśń, ewidentnie widoczną pleśń! Zaniemówiłam! Zaczęłam obawiać się, że ta pleśń mogła być gdzieś jeszcze i już ja zjadłam. ( Jeśli nie wiecie jakie mogą być skutki uboczne zjedzenia pleśni, wygooglujcie sobie – coś strasznego!). Ja dodatkowo mam bardzo osłabiony układ pokarmowy więc gdybym zjadła te pleśń, mogło by się to skończyć naprawdę źle. Domyślacie się pewnie, że odechciało mi się całkowicie jeść i chłopakom też.

Nasze śniadanie skończyło się tak, że zostałam przeproszona i zaoferowano nam, że nie musimy nic płacić za nasze śniadanie. To mile z ich strony, aczkolwiek czułam się z tym źle, że wyjdziemy tak bez zapłacenia. Oni jednak nalegali, więc jedyne co zrobiliśmy to zostawiliśmy napiwek dla Pań kelnerek, które i tak pewnie czuły się już okropnie – a oczywiście nie była to oni trochę ich wina.

Hmm, nie było to najmilsza wizyta w moim ulubionym miejscu, ale wiem, że każdy z nas może się pomylić i jestem pewna, że nie zrobili tego specjalnie. Niemniej jednak, poza tym niemiłym ”incydentem” cała reszta była pyszna!  Ale pamiętajcie kochani, warto sprawdzić czy na owocach, które dostajecie w restauracji nie ma pleśni!

Po śniadaniu przyszedł czas na długi spacer i poszukiwanie pamiątek. Popatrzcie, ile tu rowerów w jednym miejscu!

Niesamowite, jak piękne są te amsterdamskie uliczki i kanały. Co jeden to piękniejszy. No i te rowery dosłownie wszędzie!

Kiedy znowu troszkę zgłodnieliśmy przyszedł czas na deser! Te wspaniałe serniki chodziły za mną odkąd pierwszy razem je zobaczyłam w piekarniach dnia poprzedniego. Chłopaki również mieli ochotę na coś słodkiego więc dobrze się zgraliśmy. Mój serniczek był przepyszny!

Resztę dnia spędziliśmy odwiedzając kolejne zakątki Amsterdamu

Wieczorem wybraliśmy się na poszukiwanie miejsca na fajną kolację. Niestety koło 21 dużo restauracji było już pozamykanych i ciężko było coś fajnego znaleźć. Po 30 minutach szukania udało nam się trafić do Cannibale Royal. Miejsce, które bardzo mogę Wam polecić.

Ja zamówiłam sałatkę Cesar, którą ostatnio jest moja obsesją, a Norbert wielkiego hamburegra i frytki, które były bardzo smaczne!

Wieczór spędziliśmy na oglądaniu nowego odcinka Suitsów, których oczywiście uwielbiaaam!

Dzień 3.

Niestety to nie był ”mój” dzień. Od rana czułam się fatalnie, miałam zero energii i ciągle chciało mi się spać. Niestety takie są uroki mojej choroby –  są dni, że czuję się dobrze, a są takie, podczas których nie jestem w stanie w ogóle funkcjonować. I to był właśnie taki dzień.

Dopiero koło 17 udało mi się zebrać troszkę sił i wyszliśmy z hotelu coś zjeść. Udaliśmy się do słynnego miejsca, zwanego Foodhallen, które koniecznie powinniście odwiedzić będąc w Amsterdamie!

Jeśli chodzi o jedzenie w Foodhallen, to jest tu z czego wybierać i ceny również są znośne. Za mną chodziło sushi od długiego już czasu i właśnie to zamówiłam, a Norbert nie mógł oprzeć się kolejnemu burgerowi!

Popatrzcie jak słodko podano mi sushi!

Oczywiście, nie mogłabym zakończyć swojej wizyty w nowym mieście bez wypróbowania najlepszych lodów jakie tutaj mają! Wszędzie w internecie czytałam o tym miejscu i postanowiliśmy tam się przejść.

Muszę Wam powiedzieć, że lody pozytywnie mnie zaskoczyły. Były naprawdę smaczne i w całkiem przystępnej cenie. Nie polecam Wam jednak smaku, który tu oferują, czyli lukrecji.

Z lodami w rękach podeszliśmy do najbliższego kanału, usiedliśmy tam i podziwialiśmy mijające nas łódki, podsumowując mijający weekend i planując naszą kolejną wyprawę w przyszłym roku, tym razem za ocean!! Nie mogę się doczekać!



P.S Dostałam parę pytań odnośnie tej białej sukienki, którą tu widzicie.

Niestety, jest to sukienka typu no name. Kupiłam ją we Francji, w jakimś butiku. Podobne znajdziecie tutaj  i tutaj.   


Dzisiaj jest ostatni dzień na wypełnienie ankiety. Koniecznie zajrzyjcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!

ANKIETA 


A jutro zapraszam Was na ostatni już wpis z Amsterdamu. Wpis typu: Gdzie spać, Gdzie jeść i Co zobaczyć w Amsterdamie : ) Wybiera się ktoś z Was niedługo do Amsterdamu? 

12 thoughts on “Amsterdam – dzień 2 i 3. Niemiły incydent w restauracji oraz gdzie iść na lody?

  1. Po przeczytaniu Twojej relacji i obejrzeniu zdjęć nabrałam ochoty na wyjazd do Amsterdamu. Mimo niemiłej sytuacji w restauracji.;-) Piękne fotki! Pozdrawiam!

  2. Miałam okazję być w Amsterdamie, trzy lata temu. Moja najlepsza przyjaciółka od 5 lat mieszka w Holandii, i nas zaprosiła 🙂 Ogólnie Holandia zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie :). Amsterdam piękny, stary Klimatyczny…

  3. to śniadanie z pleśnią okropieństwo! Kurcze koszmar…. do lokalu idzie się wiadomo płaci sie więcej ale człowiek ma sie cieszyć i celebrować te chwile… nie znam stuacji ze strony kelnerek ale pleśń to naprawdę przegięcie…
    Ja kiedyś w (niegdyś) moim ulubionym lokalu długo czekałam na pizze a gdy już ją dostałam była spalona… kelnerka nie uznała reklamacji a na informacje że pochwalę ich na blogu wzruszyła ramionami. Gdy zdjęcia miałam zrobione podeszła i poinformowała że: “szef nie kazał by Pani płaciła za śniadanie” (to była oferta śniadaniowa:).
    Kiedyś mieli świetną pizze mieli mnóstwo klientów właśnie na to danie ale nie traktują dobrze pracowników więc poszedł szukać szczęścia w świecie (szkoda że nie mam informacji gdzie teraz można jego pizze uświadczyć…. po prostu mniam!) Teraz lokal raczej pustkami świeci i coraz mocniej tandetnym wystrojem właściciele próbują przyciągnąć promocjami i odważnymi daniami ale to nie to. Klucz tkwi w szacunku!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *